niedziela, 23 grudnia 2012

:))

Jutro pierwsza wigilia Lili. Po tej stronie brzuszka, bo jakby nie było, w zeszłym roku też w niej uczestniczyła jednak bardziej schowana za maminym pępkiem ;) Rok minął nie wiadomo kiedy (czy kiedyś minie mi te przejmowanie się upływem czasu ?), Lila ma już prawie pół roku, obdarza każdego w koło uśmiechami, każdego musi dotknąć, chwycić w rączkę, nieraz uderzyć.. oj lubi sobie uderzać rączką w różne rzeczy/ istoty ;) Uparta jest, najchętniej wciąż by już siedziała (co skłania mnie do zakupu fotelika bumbo, tylko czy to jej na pewno nie zaszkodzi ? ), w nocy od dłuższego czasu niestety się budzi, ale i tak długo dała pospać biorąc pod uwagę jej sposób karmienia :) Z zasypianiem bywa różnie, z przewagą samodzielnego zasypiania na noc :) Są momenty, że nieźle daje nam w kość, ale staramy się robić wszystko, żeby poznać przyczynę jej humorków. Za każdym razem przekonujemy się, że mega marudna bądź płaczliwa jest tylko wtedy, gdy coś jej dolega. Do niedawna miała okres strachu przed obcymi - przez pierwsze momenty było fajnie, a potem ryk. Na szczęście trwało to krótko :) Jutro na wigilię jedziemy do mojej babci. Spotkamy się tam z wujkami i moją mamą :) Pierwsze święto u rodziców Mate, drugie - zobaczymy :) Jedyna przykra rzecz to to, iż nie zobaczę się z siostrą w te święta :( Kilometry jak zawsze są wielką przeszkodą, do tego dla jej rodziny nie będzie to wesoły czas ze względu na stan zdrowia babci jej męża.. Przykro mi z tego powodu, ale niestety nic nie mogę zrobić. Do zobaczenia po świętach ! :)

czwartek, 13 grudnia 2012

Nie wiem jak to się dzieje, że nie mam czasu. Nawet jak leniuchuję, to już inaczej niż kiedyś :P
Po pierwsze uzależniłam się od moich bencowych ciotek :)
Nie myślałam, że znajdę jeszcze kogoś w kim będę miała oparcie:) Nie mówiąc oczywiście o rodzinie. Nastąpił kiedyś taki moment, w którym pomyślałam, że już nigdy przed nikim obcym się nie otworzę. Bo to nie ma sensu, za bardzo się przyzwyczajam, a potem tęsknie do starych czasów :)
Ale nooo cóż :)

U nas trochę nowości :) Lila od 1.5 tyg. je już marchewkę, jabłuszko itp :) Na początku może nie bardzo kumała jak to się je, ale idzie jej coraz lepiej :) Dziś zmieniliśmy pediatrę, mam nadzieję, że tym razem nie będę mieć zastrzeżeń.


Dziś u ciotki K. przypomniała sobie jak się obraca na brzuszek. Jaka była moja radość heh :P

W sobotę dorwaliśmy Mikołaja :) Ku zaskoczeniu wszystkich, Lila ani troszkę się go nie bała :)

A matka? Matka wariuje i trzaska foty gdzie się da :)))))
wizyta w ikei :)

sobota, 8 grudnia 2012

Imprezka

Lila jak się okazuje jest bardzo towarzyska :)
Wczoraj odwiedziłyśmy wraz z innymi dziećmi ciocie I. i Tymka, który kończył 5 miesięcy :)
Było wesoło, oj było:)
I mata od Tymka bardzo przypadła Lili do gustu - grzecznie się bawiła, a mamusia mogła w spokoju porozmawiać z koleżankami, bez obawy o swoją pociechę :)
Lila dostała od cioci M. inną matę edukacyjną, bez pałąków ale też wydaje się być interesująca :) dostała również stojak, który gra i świeci, ale jednak lepsze jest to czego dosięgamy :)
Takie ciocie to skarb, nie mówiąc o rówieśnikach ! Już się nie możemy doczekać, kiedy znów się zobaczymy :)

A dziś wyruszamy w poszukiwaniu św.Mikołaja :) Przy okazji może jakiś fajny ciuszek nam wpadnie w łapki :)

A tu Lila z rówieśnikami - zabrakło jednej dziewczynki, która musiała iść wcześniej do domku :)

czwartek, 29 listopada 2012

5 miesięcy

Tyle dziś skończył ten mój pulpecik :) a ja wciąż nie mam kiedy pisać.. a tyle jest do opisania, tyle do pokazania.. Nic to. Co się odwlecze, to nie uciecze ;)

środa, 21 listopada 2012

Pierwsza ważna rola.

Półtora tygodnia temu, w piątek byliśmy na kolejnych warsztatach. Ostatnich planowanych w tym roku, niestety.
Na początku Lila uważnie słuchała co mają nam do powiedzenia eksperci min. od udzielania pierwszej pomocy niemowlakom, bądź bezpieczeństwa w podróży.





Później, znudzona nieco, wszak niektóre te wykłady słyszała na poprzednich warsztatach, zasnęła.



Nieświadoma niczemu, na sam koniec ze skupieniem oglądała losowanie nagród. Gdy nagle Pan prowadzący... wybrał ją z tłumu jako 'sierotkę' (tak powiedział! Niemądry) do losowania GŁÓWNEJ NAGRODY!


Nie odmówiła, poszła z tatusiem i losowała szczęśliwca, który otrzyma fotelik samochodowy :)
Bardzo się starała, żeby wylosować mamusię, jednak przecież my już mamy piękny fotelik, dlatego wylosowała dziewczynę, która miała bardzo podobne nazwisko do naszego i o której poinformował nas Pan prowadzący na początku warsztatów, przy rejestracji (pan się pomylił i myślał, że mamy takie same nazwisko :)).


Lili przekazała szczęśliwy los tacie, mimo próśb prowadzącego nie chciała sama przeczytać, kogo wylosowała, przecież jeszcze się w życiu naczyta!

Tak oto Lili zaliczyła pierwszą ważną rolę w swoim życiu :)

poniedziałek, 12 listopada 2012

Nowe koleżanki i zapowiedź ząbków?

W sobotę Mateusz zawiózł nas na stare mieszkanie, gdzie niedawno poznałyśmy nową ciocię K. i udałyśmy się razem na spacerek :)
Fajnie było w końcu zobaczyć nowe twarze, przypomnieć sobie, jaka Lili była mała nie tak dawno temu (a ja nie wierzę, że dziecko może tak urosnąć)- K. ma jedną córeczkę , która ma troszkę ponad 2 miesiące, i zobaczyć co nas czeka za niedługo - druga córka, niecałe 2 lata.
M. wytarmosiłam troszkę, gdy K. oglądała w sklepie ciuszki, kto by pomyślał, niecałe 2 kilo różnicy z Lili a jednak tak bardzo się to odczuwa.. Słodka malizna :)) O. za to non stop zadawała pytania 'co to?' heh, to nic, że przed chwilą pięc razy już odpowiadałam, że to jest wózek :P
Czas tak szybko nam zleciał, a szkoda, bo jeszcze tyle tematów miałyśmy do obgadania - obie jesteśmy zapalonymi 'fotografkami', ile my pomysłów na fajne zdjęcia mamy.. W tym celu szukałyśmy właśnie materiału z długim włosiem, ale niestety, łatwe to nie jest, choć mam nadzieję, że za niedługo się uda upolować taki :)

Lili chyba zaczynają się ząbki wyżynać... Może jest za malutka na to, ale wczoraj pod wieczór miała gorszy czas.. Nic jej nie odpowiadało, choć jak zawsze lekiem na całe zło było noszenie na rękach, na stojąco (jak się usiadło oczywiście ryk;P). Pomogła maść na ząbkowanie. Gdy jej posmarowała dziąsełka, po chwili Lila zaczęła się podśmiechiwać (jakby jakiś narkotyk dostała :O) i odpłynęła.
W nocy też bardzo niespokojna była, dopiero posmarowanie smoczka maścią pomogło.
Tak bym chciała, żeby ząbkowanie przeszło bezboleśnie :P

Jakiś czas temu udaliśmy się na spacerek we trójkę w nieznane:) Jak dobrze, że są jeszcze takie miejsca w okolicy :)


poniedziałek, 29 października 2012

4 miesiące.

Tak długo nas nie było tutaj. Tyle się pozmieniało.
Ale zacznijmy od dzisiaj, zanim się będziemy cofać w czasie :)
Dziś Lili kończy 4 miesiące :) Czas leci nieubłaganie .
Wczoraj zaliczyliśmy pierwszą 'zimową' wyprawę.


Jak widać, Lila trochę się 'topi' w kombinezonie, ale w zanadrzu mamy jeszcze drugi, może będzie bardziej dopasowany ;) (kombinezony 'spadkowe' ;) ).


W piątek Lila zobaczyła za oknem pierwszy w życiu śnieg :) Spać nie chciała o swojej porze, było grubo po 21 a ona czekała.. Jakby przeczuwała, że śnieg zaraz spadnie :) Po tym jak go ujrzała, zjadła i zasnęła słodko :)

video


poniedziałek, 24 września 2012

Jaka ona jest.. (import.)

Moja córka. Mój mały Skarb.
Niedawno koleżanka napisała mi, że do dziecka czasem przydałby się pilot. A tu masz ci los, dzieci były mądrzejsze i pomyślały o tym wcześniej ;)
Wystarczy jeden przeraźliwy krzyk, żeby rodzic w sekundzie był obok.
Wystarczy jeden uśmiech, żeby rodzic był w siódmym niebie.
Wystarczy trochę pogaworzyć, żeby i rodzic zaczął rozmowę/zaczął naśladować.
Wystarczy głośno purtnąć w pieluchę, żeby rodzic ją zmienił.
Wystarczy pomachać główką, żeby rodzic podał smoczka.

można by tak w nieskończoność...

A mąż mi wczoraj przypominał, jak to byłam w ciąży i płakałam, że co my zrobimy z takim maleństwem, że skąd będę wiedziała, czemu płacze itp itd.. No nie uwierzyłam mu! Gdzie on słyszał takie bzdury ? Przecież ja zawsze wiem, co potrzebuje moje dziecko ;)
Nie napiszę jak większość matek, że nie wiem jak to było, kiedy jej nie było. Że już nie pamiętam... Bo pamiętam, wiem. Wcale nie uważam, że te życie wtedy było puste... Bo było równie udane :)
Jednak Lili zrobiła rewolucję. Zawsze wiedziałam, że pojawienie się dziecka wiele zmienia w życiu. Ale wiedzieć, a przeżywać to, to jednak dwie różne sprawy... ;)

Jaka Ona jest? Ano Lilcia to nasz aniołeczek :) Nocki przeważnie przesypia już całe :) Są wyjątki, i mam nadzieję, że wyjątkami to pozostanie. Zasypia samodzielnie przed 21, bardzo rzadko na rękach, a tak straszyli, że ją przyzwyczaimy do noszenia. Dla mnie straszniejsza była wizja tego, że dziecko potrzebuje bliskości, a ja jej tej bliskości nie dam, bo przyzwyczaję. Pf.
Jak jednak zdarzają się te wyjątkowe noce, to przeważnie pół dnia potem nieprzytomna chodzę. Odkryłam, że nie ważne jak długo spałam, ale ile razy ten sen był nienaturalnie przerywany.
Nigdy nie pomyślałabym, że budząc się po 7 , w mojej głowie pojawią się myśli 'ale ja dziś długo spałam!' . Tym bardziej po tych późnych stawaniach podczas ciąży. Dzień się wtedy zaczynał około 11 przecież!
Jednak w te dni, kiedy Mate jest w domu (albo raczej kiedy to nie musi odsypiać nocki w pracy;)), jestem rozpieszczana i gdy Lila na dobre się obudzi, wędruje z tatusiem do salonu, a mateczka śpi dalej :) Z przerwami na karmienie oczywiście, bo nasza Maleńka potrafi być żarłoczkiem ;P

Karmiona wyłącznie piersią :) Ładnie przybiera na wadze, dziś waga wskazała 6 kilo :) Choć dla mnie to ona już z 10 waży;P Tak ciężko jest mi ją nad ranem z łóżeczka wyciągnąć, grawitacja wtedy chyba jest większa ;P
Urosła od urodzenia 7 cm.
A ja bym chciała, aby już zawsze była taka maleńka :)) Ale czasu nie zatrzymam, a jak czas leci, to jednak wolę, żeby rosła. Wiecie, boję się, że przez te moje myśli, ona naprawdę przestanie rosnąć!

W dzień nie jest bardzo zajmująca. Mam czas na wszystko:) Oczywiście trzeba znów zaznaczyć, że są wyjątki, ale ogólnie nie narzekamy:)

Kąpie się nasza Księżniczka co dwa dni.
Od pewnego czasu ja na to wszystko patrzę z boku :) Tatuś wyśmienicie sobie radzi:) Z resztą on, mimo, iż nie widział 'kąpieli pokazowej' w szpitalu, bardziej chciał tej pierwszej kąpieli niż ja ;) Ja się bałam! Chciałam to odłożyć na jutro, dziś dajmy spokój.. Ale nie, on był twardy i tak w lato kąpiel była codziennie, no bo w te upały to nie wyobrażam sobie inaczej ;) Na początku wyglądało to tak, że Mate ją trzymał, opowiadał jej o wszystkim, a ja mydliłam :) On spłukiwał, otulał, wycierał:)
Poszczególne części ciała, a raczej dbanie o nie, mieliśmy 'podzielone' . Ja bałam się pępuszka ;P Więc o kikucik dbał Mate. Czyścił, psikał itp. Trzymało się to bardzo długo, trochę przygód z tym mieliśmy;)
Ja czyściłam uszka, buźkę i oczka:)
Mate dbał o nosek, bo ja, kojarząc czyszczenie noska z czymś nieprzyjemnym, nie miałam sumienia. NA początku oczywiście były waciki nasączone wodą. Teraz waciki z solą fizjologiczną, czasami pomaga gruszka ;)
Lilcia uwielbia czyszczenie noska, cieszy się, gdy ją coś tam od środka smyra ;)
Gdzieś miałam filmik takiego jednego czyszczenia, może kiedyś wrzucę ;) Także odkąd odkryłam, że to fajna sprawa, przejęłam ten przyjemny obowiązek :)
Noi pazurki - oczywiście, jako pierwszy obcinał TATUŚ !
NA szczęscie i ja się później przemogłam :)

Lileczka nasza codziennie rozkłada nas na łopatki swoimi uśmiechami :), swoimi ahy'ami :) Tak pięknie gaworzy :)))


Noi dziś przeżyliśmy pierwsze (w sumie drugie, bo pierwsze było tuż po narodzinach) szczepienie. Bałam się jak cholera. Nie płaczu. Nie wydanej kasy (wybraliśmy 5w1). Boję się konsekwencji. Mam nadzieję, że te złe nas ominą, choć tyle się naczytałam, że uh.
Oczywiście nie obyło się bez tego płaczu przy wbijaniu igiełki. Myślałam, że odwagę będzie miała po mamusi, której ponoć nie straszne były szczepienia. Ale nie, nie ma tak łatwo.
Na szczęście, nie byłyśmy same. Zgadnijcie kto trzymał na kolankach Lili podczas szczepienia ? ;)))

środa, 19 września 2012

Chrzciny (import.)

16.09 nasze Skarbiątko przyjęło Chrzest Św. :)
Przed mszą, w domku dała nam do wiwatu. Przyjechała moja siostra, jej chrzestna i zaczęła Małą ubierać. Lilcia kocha być przebieraną, ale nie przez ciocie Olę ;P Był taki wrzask... Długo uspokoić się nie mogła, w domu powstało istne pobojowisko.. W sobotę wysprzątałam całe mieszkanie, niedziele wieczorem jak wróciliśmy to za głowę się chwyciłam. Tu jakieś grzechotki, którymi siostra cioteczna Lili (4 lata) próbowała ją uspokoić, tu buty, które siostra mi przywiozła a które ja miałam założyć (niestety wysokie szpilki nie dla mnie, może kiedyś się nauczę ich używać;) ), gdzieś się plączą zużyte chusteczki nawilżane, opakowani po ubrankach, butach, gdzieś w kącie pampers nawet się znalazł.. No długo by wymieniać. Ten obraz utwierdził mnie w tym, że bardzo dobrze, że 'imprezka' po mszy odbyła się w lokalu. Z resztą, w naszym małym mieszkanku byśmy się przecież nie pomieścili.

W drodze do Kościoła Lila się uspokoiła. Na początku mszy miałam obawy, bo co jeśli zacznie płakać? Każdy będzie się gapił i będę się z tym źle czuła. Na początku Mała spała, jednak organy ją obudziły. Na szczęście Lilcia była grzeczna :) Na 6 chrztów- ona najspokojniejsza:) Było jeszcze jedno spokojne dziecko - ale rodzice wciąż musieli z nim chodzić ;). No rosłam z dumy gdy słyszałam za plecami słowa podziwu dla niej (pewno gdybym nie miała tych obaw nie zwróciłabym na nie uwagi;)).
Mszę prowadził Ojciec Dominikanin. Było bardzo fajnie:) Pierwszy raz się spotkałam z tym, żeby dzieci świeżo ochrzczone były obdarowane przez cały kościół brawami ;)
Kazanie też ładne, jednak nasilały moje wzruszenia. Od początku mszy miałam mokre oczy gdy wspominałam jak to było, gdy byłam w ciąży z Mikusiem. Zawsze było mi słabo, przypominały mi się msze w tej parafii (chrzciliśmy w naszej poprzedniej parafii, nie obecnej, z tamtą jestem bardziej zżyta, jakby jakiś magnez był w tamtym Kościele).. Jak na kazaniu usłyszałam słowa, że dzieci nie należą do nas, a do Boga... Moje pierwsze dziecko na pewno. Ono jest z Bogiem... Lilcia jest przy mnie..
Jednak oboje są w moim serduszku i bardzo je kocham :))




Po mszy uczciliśmy ten wyjątkowy dzień w miejscu, w którym bawiliśmy się 4 lata temu na naszym weselu:)
Miło było się spotkać w takim gronie:) Choć nie powiem, czasami miałam dość gdy Lila lądowała na rękach mojej teściowej bądź bratowej bez mojej wiedzy. Leży sobie grzecznie w wózku, wiem, że jak wyląduje na rękach to będzie domagać się jedzenia, a chciałam szybciutko skończyć jeść to co mam na talerzu przed nakarmieniem jej... Mąż chcę ją wziąć na ręce, mówie zostaw.. po chwili się obracam a jego bratowa już buja Lili na rękach;|
Najlepiej podsumował to mój siostrzeniec (6,5 roku) 'czy ta Lila w końcu poleży w wózku? Ona już jest zmęczona, tylko na rękach i na rękach...' No trafił w samo sedno ;)
Hitem była też siostrzenica, która hasała w najlepsze gdy my w ciszy jedliśmy obiad... Nagle ona, z drugiego końca sali zawołała 'TATO, KUPĘ!!!'
Myślałam, że pęknę ze śmiechu ;PP


poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Jak to się zaczęło czyli poród cz. 2 !! (import.)

Na porodówce przywitała nas położna. Miła, młoda kobieta. Kazała rozgościć się na łóżku i robić wszystko, żeby tylko mi było dobrze. Mówiła, e jedna kobietka chciała rodzić przy głośnej muzyce i tak też rodziła, bo skoro to jej pomagało, to czemu nie:) Ja jednak szczególnych wymagań nie miałam ;)
W między czasie ustalaliśmy kiedy zaczęłam mieć regularne skurcze, no ale że ich nie było, umówiliśmy się, że była to godzina 2.00, ponieważ wtedy zaczęły się coraz częstsze skurcze:)
Jako, że nawet tydzień po porodzie miałam ogromne zaniki pamięci co do jego przebiegu, to teraz, po ponad miesiącu jest jeszcze gorzej... Niby coś tam pamiętam, ale wszystko się miesza i nie wiem jak to po kolei było. Mate był ze mną, ale po tej całej pielęgnacji Maleństwa, zmierzeniu itp, powiedzieli, że może ją wziąć. Dlatego dalsza relacja może być nieco chaotyczna ;)

Do szpitala zgłosiłam się z 7dmio centymetrowym rozwarciem, i tak się zatrzymało. Wody nie chciały odejść. Strasznie trudno oddychało mi się 'do brzucha', no nie dało się..
Dostałam zastrzyk, który miał nieco uśmierzyć ból i przyśpieszyć rozwarcie. Wcale bym go nie chciała, ale położna upierała się, że mi da zastrzyk albo czopka, ale zastrzyk lepszy. To się zgodziłam:) jednak różnicy w bólu nie było, a i rozwarcie długo się nie zmieniało (jak się okazało była to oksytocyna;)).
Trochę leżałam, potem odważyłam się wskoczyć na piłkę, jednak jak szybko wskoczyłam tak szybko zeskoczyłam, bo było mi strasznie nie wygodnie na niej.. Już lepiej mi było na zwykłym krzesełku, choć gdyby jeszcze się trochę bujało, byłoby jeszcze lepiej ;) Chodziłam dużo... Mate się śmiał, że gdyby mnie teraz filmował to bym nie uwierzyła w to co robię, a jednak ja widziałam o tym, że muszę wyglądać komicznie, chodząc jak koczkodan, wyginając się w różnych pozach itp ;P Między skurczami sama się z tego śmiałam ;) Podczas skurczy mówić nie dałam rady, jedynie gdy jeden się zbliżał, wydusiłam z siebie 'niech ona do mnie kiedy stara powie' (czy coś w tym stylu;)).
Zbliżała się godzina 7.00 czyli zmiana położnych. Przyszła druga, również bardzo fajna babeczka :) Ta z kolei preferowała czopki na przyśpieszenie rozwarcia... Pytała też panią doktor, która gdzieś tam mignęła, czy może mi podać kroplówkę w razie czego.. Uhh wtedy byłam gotowa przyjąć jeszcze ze 4 zastrzyki i 8 czopków;P
Na szczęście obeszło się bez kroplówki uf:) Jednak pęcherz płodowy musiałam mieć przebity, bo wody dalej odejść nie chciały:) Wiem, że po odejściu wód poczułam różnicę w skurczach, jednak nie pamiętam w którą stronę... Chyba były mocniejsze, ale wtedy już dało się oddychać 'do brzucha' :)
Przy skurczach partych miałam masakrę. Mówią, że te są lżejsze, ja jednak czułam inaczej. Oczywiście w momencie kiedy parłam to był luzik, ale poza tym to bolało strasznie. No i ciężko w sumie było przeć. Wolałam krzyczeć w niebogłosy ;P Po upomnieniu, że jak będę krzyczeć to nie urodzę, bo parcie jest nie efektywne trochę się opamiętałam. Jednak i tak było mi ciężko. W pewnym momencie straciłam sił, nie dałam rady, mówiłam, że ja źle to robię, że nie potrafię, że nie mam już sił.. W mojej głowie pojawiały się pytania I CO TERAZ??? Ale położna wraz z innymi nagromadzonymi tam ludźmi (nie wiem skąd ich się tyle wzięło, bo pod koniec miałam oczy zamknięte, tylko raz na chwile otwarłam... i w momentach przerw kiedy to Mate podawał mi wodę do picia ) mówili, że bardzo dobrze mi idzie. Anielską cierpliwość miała ta kobietka:)
W pewnym momencie położna powiedziała, że już widać, że będzie czarnulka i że mogę dotknąć jej główki:) ależ była cieplutka..
Niedługo po tym, usłyszałam, że mam się postarać, bo teraz będziemy rodzić główkę (jakie BĘDZIEMY??? to ja SAMA wciąż rodziłam! ;P ). Trochę się przestraszyłam, że jak ja to zrobię, jak nie mam siły, ale spięłam się w sobie... iii... wydałam z siebie taki niesamowity dźwięk, że podczas jego wydobywania się ze mnie sama się dziwiłam co to jest... (okazało się potem, że przez te moje krzyki, dziewczyna, która pod koniec mojego porodu znalazła się na łóżku obok [za parawanem] miała ochotę uciec i się rozpłakała...) i... nagle słyszę krótki, cichy płacz!! Okazało się, że moja córeczka się już urodziła! A ja myślałam, że naprawdę urodzę tylko główkę, a reszta przy następnym skurczu ;) Tylko jak by to było, jakby ona tak wisiała tą główką.. ;P wtedy o tym nie myślałam ;P
Gdy Lila przestała płakać (a raczej kwilić) zapytałam 'czemu ona nie płacze?!?!' na co ktoś mi odpowiedział, że niby czemu ma płakać i że filmów się naoglądałam chyba ;)
Położyli mi ją na brzuszku, taką malutką, cieplutką, kochaną... Dotykałam ją i jęczałam do Mate 'spójrz jaka malutka, o rany, o jacie, o bosz.. (itp)'
. Wcześniej zakładałam, że na pewno w tej chwili się popłaczę, a ja tylko jęczałam ze zdumienia:) Choć byłam wzruszona i nie dowierzałam, że Ona jest taka maleńka, kochana, delikatna....

Noi po tej chwili, pamiętam tylko, że na pewno zakręciło mi się w głowie przy rodzeniu łożyska, a dalej... no właśnie. Pamiętam co było dalej, ale to jest takie pomieszane...
Pamiętam,
-że mówili do Mate, że może wziąć dziecko i wyjechać z sali,
-mi wstrzyknęli coś do welflonu, bardzo mnie zaczęła po tym ręka piec, spanikowałam i wystraszona informowałam o tym pielęgniarki, ale uspokajały mnie, że jak nie chcę żeby mnie bolało to musi poszczypać...
-na czas szycia mnie uśpili (to chyba to co mnie tak piekło)
-obudziłam się przed czasem, ale nie bolało aż tak mocno (w sumie chyba z całego porodu najbardziej bolało nacięcie, którego niestety nie uniknęłam;/ niby na skurczu a i tak krzyczałam z bólu i musieli chyba na dwa razy to zrobić, bo za pierwszym przestałam przeć..)
-na sali było mnóstwo ludzi, gdy się wybudziłam,
-próbowałam żartować po przebudzeniu, że ja się tyle męczyłam a mąż od tak wziął sobie dziecko i gdzie on jest (haha..., ale nie wiem czy mi się to nie śniło, bo nikt chyba mnie nie słyszał;p), myślałam, że zabrał Małą na chwilę do mojej mamy (która po 12godzinnej nocnej zmianie w pracy szybko pojechała do domu wziąć co potrzebne i przyjechać do mnie), ale on już nie wrócił na tą salę;P

Więcej nie pamiętam chyba.. Teraz tak myślę, że w tej relacji zabrakło informacji o łóżku, na którym leżałam, które przepołowiło się na czas porodu, którym mogłam sterować, ale nie to było mi wtedy w głowie (za to później sobie obiłam i wciąż bawiłam si tymi guziczkami;) ), i o mojej mamie właśnie.. Która mimo zakazów musiała wejść na chwilę na sale porodową, położna ją wygoniła oczywiście (bo tylko jedna osoba mogła być ze mną), choć gdyby nie zbliżający się skurcz pewno została by tam chwile dłużej ;)

Po wszystkim wywieźli mnie do sali poporodowej, w której odwiedzała mnie położna pytając jak się czuję, mierząc ciśnienie itp.. I z której zabrali mą dziecinę do szczepienia... i chyba sobie o nas zapomnieli, bo aż moja mama musiała iść szukać dziecka, które jak się okazało zostawione było samo w jakiejś sali (tak zrozumiałam mamę.. ).


Ogólnie wszystko wspominam bardzo dobrze:)) i od pierwszych chwil po porodzie si dziwiłam, że to właśnie to miało być takie straszne i bolesne... a wcale nie było. Tzn. bolało jak cholera, no ale błagam.. choć może na prawdę pomogło mi to, że często mam silne bóle brzucha, a w dzieciństwie codziennie skręcałam się z tego bólu..
Lepiej jak mnie boli, gdy wiem, że tak ma być, niż jak boli a ja nie wiem czemu i czy to normalne ;)

Choć jestem pewna, że w następnej ciąży też będę się bała porodu ;P

czwartek, 2 sierpnia 2012

Na imię mi.... (import.)

Lilianka ;)

'Skąd wy wzięliście to imię?'
'Nigdy nie słyszałam o takim imieniu'
'Kto wpadł na taki pomysł?'
'Jaaaak? ;O '

o takie reakcje spotykaliśmy, przy informowaniu o tym, jak na imię ma nasz Kurczaczek. Nie wiem, dla mnie to imię jak każde. Myślę, że nie jest to imię typu Dżesika, Nikola, a także typu Helena, Antonina (choć te drugie też mi się podoba, ale Mate był przeciwny). Normalne imię takie jak Kasia, Ania czy Karolina.
Jednak często się zastanawiałam jak ludzie je pojmują. Że jest oryginalne to wiem, osobiście nie znam żadnej Lilianny (no, może Lilę, ale nie osobiście;)), ale o to też chodziło.

Od wieków twierdziłam, że moja córka nazywać się będzie Oliwia. Imię dalej mi się podoba, ale no... za dużo ich już jest, co nie? :)
Chociaż wciąż ta Oliwia i Lilianka nam po głowie chodziły, nieważne jakie inne imiona braliśmy pod uwagę..

Gdy w większym gronie dyskutowaliśmy o imieniu dla naszej córeczki (oczywiście wciąż brałam pod uwagę, że to może jednak synek będzie... ale wtedy na 80% byłam pewna, że w takim razie będzie Marcel ;) ) bardzo się denerwowałam, gdy mówiłam o jakimś imieniu i słyszałam 'eee nie, znałam/em taką jedną.. głupia była'. No bosz, co mnie obchodzi, że ktoś głupi był, tak? Moje dziecko to moje dziecko i wtedy to imię byłoby kojarzone z kimś fajnym ( ;DD ).
Prawie do końca ciąży bałam się myśleć o imieniu, żeby nie zapeszyć. W pierwszej ciąży od razu wiedziałam, że będzie Mikołaj... i źle się skończyła.

Po wyjściu ze szpitala Mate wciąż mnie ponaglał, żebym podjęła jakąś decyzje, bo chciał już zgłosić nasze Maleństwo do USC. (niby ja miałam wybrać imię, ale to była na zasadzie :
Ja: Antosia
M: nie, bo w szkole będą wołać Antonina
Ja: Ada
M: nie...
Ja: Jagódka
M: nie...
Ja: Oliwia...
M: (ulga i radość na twarzy) ;DDD
Ja: ... albo może Liliana ?
M: :S

Kiedy w końcu doszliśmy do tego, że będzie to Lilianka, pojawiło się pytanie Liliana czy Lilianna? I do dziś się zastanawiam czy Lilianna to dobry wybór. Liliana łatwiej się odmienia. Ale dwa N w końcu tylko na papierku są :) Dla mnie to i tak nasza Lilusia :)

Trudno mi było w końcu wybrać, bo po pierwsze ja nie lubię wybierać, zazwyczaj gdy mam coś wybrać to nie mam nic bo wciąż się zastanawiam.. a po drugie wybór imienia to ważna sprawa. Jak w horoskopy zazwyczaj nie wierzę, tak w znaczenie tego, co mówi o nas imię wierzę.. ;) Może nie w 100%, ale zazwyczaj się sprawdza :) Choć teraz, w czasach internetu... na każdej stronie piszą co innego;/

Lilianna – jest symbolem czystości. Intuicyjna, wrażliwa, delikatna. Sprawiedliwa. Często poświęca się dla swojej rodziny.

Imieniny: 4 września ( mój 4ty dzień miesiąca... 4 września zaczęliśmy być ze sobą ;) ).


Lilianna
Na zewnątrz jest pełna majestatu, wysoko nosząca głowę, umie rozkazywać, w razie potrzeby wykazując dużo sprytu. Umie też cudownie przystosowywać się do sytuacji nawet najbardziej szokujących, „zaliczając” najsilniejsze ciosy i nie tracąc spokoju – chyba że nadchodzi chwila zemsty... Nie mówi wszystkiego, co myśli, i nie zawsze robi to, co mówi.

Jest nadzwyczaj opanowana, nie ulega wpływom. Nie należy jednak ulegać pozorom, bo będzie próbowała zbić innych z tropu dwuznacznym zachowaniem. Aby lepiej bronić swych interesów, gotowa jest udawać, że nie rozumie, czy nie może wykonać tego, czego się od niej wymaga. Reaguje głównie w warstwie słownej, blefując, ale również usiłuje posłużyć się innymi. Jej reakcje, odwleczone w czasie, mogą być niebezpieczne. Nie cofnie się przed niczym, by narzucić innym swe zdanie! Ma przy tym w życiu dużo szczęścia i w głębi duszy ufa mu. Wyobraźnia nie dorównuje jej inteligencji,toteż chętnie przywłaszcza sobie cudze pomysły.

Rozwinięta intuicja pozwala jej dobrze dobierać ludzi, którymi się otacza. Potrafi z wielkim wyczuciem zapoznawać z sobą ludzi, a nawet swatać! To bezlitosna obserwatorka. Ciekawość może popychać ją do niedyskrecji. Wprawia w zakłopotanie partnera, który nie bardzo wie, z kim ma do czynienia. Kim jest ta chłodna, zaskakująca piękność? Nieraz jest niedostępna. Chciałaby się rzucić w ramiona tych, których kocha, ale dwoistość charakteru hamuje ją i blokuje. Okazuje pewien chłód, nie ma ciepłego kontaktu z bliskimi. Przez całe życie będzie budzić najwyższe namiętności, bądź najstraszniejsze krytyki. Ale… czyż to nie jest właśnie sukces?




Imię: Liliana
Opis: według legend kwiat lilii miał wyrosnąć z łez Ewy opłakującej wygnanie z raju , lilia stała się symbolem niewinności, czystości i nadziei , była godłem francuskiej monarchii.



Świętej Lilianny/Liliany raczej nie ma, szkoda (chyba, że ktoś zna;> ) Jednak jest przypowieść o Lilianie


Także oficjalnie przedstawiam Liliannę Aleksandrę (drugie imię po matce chrzestnej ;) ).


niedziela, 29 lipca 2012

Miesiąc (import.) !!

Dziś skończyłam równy miesiąc!! :) Jejcu, jak to zleciało...





A jutro tatuś idzie już do pracy.. Cały ten miesiąc spędziliśmy we trójkę:-) Oj, ciężko będzie się odzwyczaić....




Hm.. może damy radę go zatrzymać jeszcze w domu ;D




Tak czy owak, jak się wyśpię....




To mam nadzieję, że mamusie przestanie boleć głowa i tak jak obiecała, pojedziemy uczcić moją miesięcznicę watą cukrową!!! mmmmm






A mamusia obiecuje za niedługo dokończyć swój poród ;-) i napisać nieco więcej o swej miesięcznej córci.

niedziela, 22 lipca 2012

Jak to się zaczęło, czyli poród cz.1 (import.)

Uwielbiam ten kawałek, od kiedy pierwszy raz go usłyszeliśmy, pamiętam to dokładnie, weekend w Wiśle :) Od tamtej chwili cierpliwie czekałam, kiedy to ja będę mogła zanucić swojemu Maleństwu te słowa:)
To tak dla umilenia mojego długiego wywodu ;P



Żeby nie było, może być bardzo szczegółowo ;)

28.06 przed godziną 14.00 jakoś dziwnie się poczułam. Tak gorzej... Pomyślałam, że poczekam do tej 14.00, poleżę z nogami w górze i może przejdzie.. Jakoś przeszło, ale nie do końca. Napisałam do koleżanki, żeby nie przyjeżdżała, choć chwilę temu rozmawiałyśmy o tym, co ma mi przywieźć..
W ubikacji zauważyłam małe ilości krwi na wkładce. Przeraziłam się. Że już? I co robić ? Szpital? Czekać na męża? Ze łzami w oczach myślałam, byłam przerażona.
Jednak postanowiłam to obserwować. Krew raz była raz nie. Pomyślałam, że może na raty mi czop śluzowy wypada, w końcu od paru dni miałam dziwne upławy...
O 18.00 pojechaliśmy na izbę przyjęć, woleliśmy sprawdzić czy to już czy nie już. Przywitała mnie pielęgniarka ze słowami "zgadza się pani na pozostanie w szpitalu?" z przerażeniem w oczach chciałam dopytać, że jak to, tak bez badania? Tak od razu? A może to nic takiego?.... Ale nie wiem czy wydusiłam z siebie cokolwiek;P Dziewczyna, która przyszła za mną, na to pytanie odpowiedziała, że jeśli będzie potrzeba, to zostanie, kamień z serca mi spadł, bo w tym strachu myślałam, że każdego po kolei kładą na patologie ciąży;P
Zostałam podpięta pod KTG (pierwszy raz słyszałam bicie serca mojego dziecka!!:)) ), później pani doktor zbadała, zrobiła USG (pierwszy raz poznałam wagę mego dziecka! i choć zajęło to niecałą minutę [ważenie], to mój gin tego nie robił, bo to' pół godziny roboty, i tak do porodu się zmieni [jakoby nie było byłam u niego dzień wcześniej czyli 27.06 ;P]).. Chciała zobaczyć jak wygląda to krwawienie... jak na złoć ustąpiło ono w szpitalu. Skurczy nie było, rozwarcie minimalne, więc nikt nie widział sensu w tym, żebym w szpitalu została, odesłali mnie do domu, ze słowami, że przez parę dni na pewno jeszcze nie urodzę :)

Ze spokojem pojechaliśmy do domu, wchodzę do łazienki... a tam znów pełno krwi.. !! a w szpitalu nic!
No, ale skoro powiedzieli, to nie ma się czym martwić:)
Chwilę odpoczęłam, po czym zaczęłam robić sałatkę z fetą, która od kilkunastu dni za mną chodziła i spokoju nie dawała. /Swoją drogą nie wiem czy ona nie miała udziału w tym wszystkim... Dzień wcześniej, od ginekologa pojechaliśmy po łóżeczko dla Maleństwa, potem jeszcze chciałam jakieś bodziaki kupić dla Małej, byłam już mega wykończona, ale zajechaliśmy po drodze do auchan po składniki na sałatkę, oczywiście zrobiły się z tego mega zakupy... I stwierdziłam, że jak już na końcówce jestem, to ostatni raz zjem fast fooda, i pojechaliśmy do Maca... Wróciłam do domu mega wymęczona, ledwo żyłam... /
Zaczął mi twardnieć brzuch, przy tym czułam lekki ból w dole. No, ale przecież on twardniał już od bardzo dawna, na ból może nie zwróciłam wcześniej uwagi.
Zrobiłam sałatkę, niestety zjadłam tylko trochę (nie wiem czemu:/ ;P ) i po jakimś czasie przyszło mi do głowy, że skoro te twardnienie i ból pojawiają się co jakiś czas, to może trzeba by było zapisać godziny, żeby widzieć co ile się to powtarza?
Parę razy zapisałam i poszliśmy 'spać'. Znaczy M. poszedł, bo ja już nie zasnęłam. Od jakiegoś czasu zasypiałam koło godz. 2.00-3.00, wcześniej nie dałam rady..
Leżąc, poczułam silniejszy ból.. pomyślałam, że pewno złą pozycje przybrałam, obróciłam się na drugi bok... za jakiś czas znów ból.. W końcu położyłam się na plecach, z podusią pod krzyżem.. Drzemnęłam się chyba 10 minut. I znów ból. Zapisywałam to wszystko, odstępy były co 30, 20 minut, nie równe straszne. Bóle też dziwne. Raz bolał sam brzuch, za chwilę plecy i brzuch... potem ból z brzucha przenosił się do pleców.. Przechodziło mi przez głowę, że może to skurcze, no ale
po 1. to chyba nie jest ten sam ból co przy okresie, a prawie każdy tak go opisywał.. chyba, że zapomniałam przez 9 miesięcy jaki to ból ;P
po 2. to przecież sama pani doktor mi powiedziała, że jeszcze parę dni! Parę dni to nie to samo co dzisiejszej nocy!!!
Raz swoim jękiem obudziłam M., ale kazałam mu spać dalej. Bo przecież nie ma prawa się nic dziać. (jednak pomyślałam, że w razie czego, to zjem jeszcze parę nektarynek, jako, że później nie będę mogła ich jeść tak od razu [karmienie piersią...])
Zaczęło mnie coraz częściej gonić do kibelka. Tyle, że po każdym załatwieniu się pojawiał się taki ból, że uhhh. Ruszać się nie mogłam, co dopiero mówić o oddychaniu 'do brzucha'.
W końcu zaczęłam tak jęczeć, że M. się obudził na dobre. Ubrał się, ja się ubrałam i zaczęliśmy się zastanawiać. Jechać czy nie? Ból był mocny, jednak nie powalił mnie jakoś. Jak jeszcze dałam radę mówić (bo potem to jednak podczas skurczu nie dało się nic powiedzieć), to mówiłam jakieś głupoty, śmiałam się...
W końcu pojechaliśmy, jak mówi M. o 4 byliśmy w szpitalu (ja już mam zaniki pamięci!). Na izbie przyjęć pani kazała szybko się przebierać, siadać do badania (jeszcze jak przed badaniem złapał mnie skurcz i sobie usiadłam na leżance, żeby go przetrwać, to pani nakrzyczała, że do badania to na fotel a nie na leżankę;P no nie wiedziałam ;) ). I jazda do góry. A nie, zróbmy jeszcze szybkie KTG, przyłożyła mi to cudo do brzucha na chwilunię i tyle ;P
I pojechaliśmy na porodówkę (windą pojechaliśmy).

CDN ;))

czwartek, 5 lipca 2012

:) (import.)

Dziękuję wszystkim za gratulacje i dobre słowa :)

Żyjemy sobie spokojnie we trójkę, dziś zaliczyliśmy pierwszą wizytę położnej, rozwiała niektóre nasze wątpliwości.. Największy problem z ubieraniem Maleństwa mieliśmy, bo niby taki upał, ale przecież taka Kruszynka tylko leży, wszystko taki delikatne...
Ale już wiemy:) Trochę przesadziliśmy w stronę przegrzania ;P

Tak krótko na temat porodu:) M. był cały czas ze mną od początku:) W sumie zaliczyłam szpital dwa razy, za pierwszym mnie odesłali, bo KTG skurczy nie wykryło, USG też w porządku (pojechaliśmy, bo krwawiłam lekko, czop zaczął odchodzić). Powiedziano mi, że jeszcze kilka dni mi zostało. Przyjechaliśmy do domu i pomału zaczynałam czuć skurcze, myśląc, że to nie skurcze. W ogóle opisy skurczy jakie znałam nic mi nie dały - nie były regularne, były różnorodne (raz brzuch, raz plecy, raz to i to itp), krótkie, wcale nie czułam bólu jak na okres, noi... podczas skurczu potrafiłam się śmiać, więc chyba nie był jakieś mega bolesne (no, może te przy końcu, ale to już bardziej zmęczenie mi przeszkadzało..)
Na razie tyle, postaram się później bardziej szczegółowo to opisać, żeby pamiętać na przyszłość :)

Tymczasem.. tak cholernie tęsknię za brzuszkiem! Kocham te Maleństwo, które tak słodko śpi w tej chwili, ale nie czuję żeby to był ten sam człowiekczek, który siedział w brzuszku. Bo jak ona się tam zmieściła ? Niby taka kruszyna, no ale gdzie w takim małym brzuchu ;P
Nie sprawia mi wielkiej radości, że już po tysiąc razy nie muszę odwiedzać toalety w nocy, że mogę spać na brzuchu (w sumie to się odzwyczaiłam..), że mogę normalnie wstać z łóżka bez jęków, bólów, ogólnie jak słonica..
Smutno mi że nie mogę już głaskać tej wielkiej bomby, że pępek już nie jest taki płaski i naciągnięty (uwielbiałam go;P ), że już nikt się nie rozpycha, nie kopie...
W ostatnich dniach ciąży słuchałam namiętnie każdej wersji tej piosenki:



Jak ją teraz puściłam... aż niemożliwe, że mogę jej słuchać sama... Zawsze robiłyśmy to we dwie!
A jak pierwszy raz puściłam Maleństwu Muzykę Bobasa, którą też często w ciąży słuchałam, no to się poryczałam...

Gdzie ten brzuchol...




poniedziałek, 2 lipca 2012

Maleństwo ! (import.)

Jesteśmy we trójkę :)

29 czerwca o 9.00
na świat przyszła Nasza córeczka :)
3350 gr. , 55 cm.


Dzisiaj wróciłyśmy do domku, więcej napiszę za niedługo :)



poniedziałek, 18 czerwca 2012

(import.)

To teraz na zapas już nie śpię. Teraz myślę, że jak będę spać to nie urodzę. Tzn. opóźnię akcję porodową. Noi, że M. po 5 do pracy jedzie.. to ja szybciutko znów zasypiam.. Na pytanie czy się dobrze czuję odpowiadam 'tak, tylko mnie brzuch trochę boli, i niedobrze mi jest i gardło boli (bo w nocy tyyyyyle lodów zjadłam, inaczej bym się roztopiła, tak gorąco...)'
No to mężul ze spokojem mógł iść pracować ;-)

i tak śpię ile wlezie... I dziś pomyślałam, że może będę się kładła ok. 3 w nocy ? To może do 15stej pośpię.. A co jak mój plan nie wypali i mi wody odejdą przez sen jak siostrze?
W ogóle co mi zależy.. kiedyś kobiety rodziły bez facetów i było dobrze. A ja, takie ciepłe kluchy, sama być nie mogę? Najgorzej to z podróżą do szpitala.. No bo jak z sąsiadem którymś, to mi głupio będzie w pampersie (stwierdziłam, że żadne podpaski, założę pampersa w razie czego nie?), głupio mi będzie wyć z bólu i mu tłumaczyć, że jak mam skurcz to każdą dziurę czuję 15 razy bardziej (tak jest jak mi brzuch twardnieje, albo jak mi niedobrze.. ) i ma je omijać ale tak żeby nie szarpać.. I szukać z nim izby przyjęć? Bo cóż z tego, że tam do szkoły rodzenia chodziłam, na zwiedzanie się nie załapałam.. Zawiodłam się na tej szkole.. w moim rodzinnym mieście trwa ona 3 miesiące!! O takiej szkole marzyłam, a nie, że miesiąc i że w ławeczkach będziemy siedzieć... Nieważne.

Albo karetkę mam wzywać? Tu jedynie co mnie kusi to jazda na sygnale ołjea :)
Ale może w tym czasie będą bardziej potrzebujący jej ludzie? A ja do porodu karetkę wezmę? No jak to.. I co, zadzwonię i powiem 'proszę karetkę na ul... bo rodzę i jestem sama w domu bo mąż na kopalni!' .... i co, weźmie mi ten sanitariusz torbę? Nawet dwie, bo do jednej się nie zmieściłam... A co z psiakiem zrobię? Jak będzie skakał po nim.. uczę go, żeby nie skakał, ale to jak ja wchodzę do domu. Musi siedzieć i dostaje ciasteczko wtedy. M. mówi, że to bez sensu, ale ja wierzę, że go nauczę tak ;)


Takie oto mam problemy na kilkanaście dni przed planowanym porodem. I choć mocno czuję, że urodzę pod koniec tego tygodnia (jak już urodzę, to zdradzę czemu tak myślałam... ), to jednak nie musi to być week.. I może jak ONI nie chcą dać urlopu, który kazali planować pod koniec zeszłego roku, obiecali, ugadywali... to może z tych nerwów ktoś się rozchoruje? I będę spokojniejsza?
Jedyny plus z tego wszystkiego to taki, że strach przed samotnością wygrywa z każdym innym. I już nie pamiętam, że to ma boleć i że będę potem w szpitalu leżeć, i że jak ja sobie poradzę ;P

A tymczasem idę malować oczy, dobrze, że mam dwa, bo dwa tusze muszę przetestować ;D

sobota, 16 czerwca 2012

Na zapas się nie wyśpisz (import)

Mimo wszystko próbuję ;) I gdyby nie ten mikroskopijny pęcherz, na pewno by mi się udało.
Wieści ostatnio niezbyt dobre się pojawiły. I u gina, i w pracy u M.. Nie wiem jak można wciąż się na coś umawiać, a potem mieć to gdzieś. Niedawno zaczęłam zauważać, że w MIARĘ fer kopalnia zaczęła się zachowywać. Ale nic nie trwa wiecznie. Także zaczynam przywykać do myśli, że i w czasie porodu mogę być sama. Przynajmniej bez niego.. Muszę opracować jakiś plan w razie czego ;)

Ale są też dobre nowiny:) Łóżeczko zamówione, rzeczy dla Maleństwa przybywa, słońce świeci..
Tyle, że mimo braku sił i częstego nicnierobienia nie mam nawet kiedy na herbatkę do sąsiadki wyskoczyć ;) Choć to raczej z racji braku sił właśnie :)


Tak mi dobrze... mimo wszystko :) nawet gdy nadchodzą myśli, że nie dam rady.. w końcu mam tę garstkę ludzi wokół, którzy są i będą i dają do zrozumienia, że nie jestem sama z tym wszystkim :) Wystarczą oni plus ten malutki bąbel w brzuchu i świat nabiera barw :)

poniedziałek, 11 czerwca 2012

Siły odpływają... (import.)

Myślałam, że mnie to nie dopadnie. A z dnia na dzień czuję, że mam coraz mniej sił. Męczy mnie to, bo czasami tyle chciałabym zrobić, chcę żeby mieszkanie było codziennie przygotowane do przyjścia na świat Maleństwa. Chcę je sama przygotowywać, choć wiem, że niektórych rzeczy nie zrobię, bo choć coraz częściej słyszę i czytam, że mycie okien w ciąży to nic takiego, to jednak ja mam w głowie myśl, że nie mogę. Choć teraz, pod koniec, nic by się już raczej nie stało.. Nieważne.
M. twierdzi, że jak będę już w szpitalu, to on chętnie wysprząta :) Już się przekonałam, że faktycznie kiedy jest sam w domu potrafi tak wypucować mieszkanie, że łoo :)

Tydzień temu dostaliśmy dwie paczuszki z rzeczami dla Maleństwa:))) Byłam w siódmym niebie:)))



Przybyło pełno ubranek (przerażona byłam ilością różu... ale dziś lekarz potwierdził płeć, więc mam nadzieję, że nie będzie problemu typu w co ja mam ubrać chłopca:P ), karuzela na łóżeczko, stojak na wanienkę, fotelik/nosidełko i gondola do wózka :) W przyszłym tygodniu powinniśmy już mieć wózek ze spacerówką :)
W sobotę prawie kupiliśmy łóżeczko.. Prawie - bo wydawało mi się, że jeśli kupię na allegro to dużo oszczędzę. Myliłam się. M. obiecał, że pojedzie po te łóżeczko i je kupi.
Na początku chciałam małą kołyskę. Jednak pewnej nocy przyśniło mi się coś, nie wiem co, ale obudziłam się z myślą, że nie chcę kołyski, że lepiej od razu łóżeczko kupimy (choć kołyska lepsza, bo mniejsza, a nasza sypialnia jest mikroskopijna...). Siostra zaczęła mnie namawiać na łóżeczko-kołyskę. Uległam :)


Pochłonęły mnie te przygotowania na dobre:) Ale lepsze to, niż zamartwianie się porodem (co na szczęście na razie minęło tfu tfu tfu;) )

poniedziałek, 4 czerwca 2012

Imię

30 dni do porodu. Przypuszczalne 30 dni, bo wciąż czuję, że TO stanie się wcześniej :)
Co prawda blog miał być pisany w czasie całej ciąży, jednak to zaniedbałam. Nadrobimy :)

Zabawne, kiedy po tylu miesiącach weszłam na ten blog i zobaczyłam jaki 'pseudonim' na nim wpisałam. Lili . Imię Naszej córeczki, o którym wtedy zapewne nie myślałam;P
O ile nic nie ulegnie zmianie Nasza mała Kruszyna będzie mieć na imię Liliana/Lilianna :) Jakiś czas temu Mateusz dał taką propozycję, ale gdy przeczytałam znaczenie imienia Lila, zwątpiłam. Nie, że jakieś złe cechy posiada, ale.. no nieważne:) Jednak później się opamiętałam, co prawda różne są te 'znaczenia', a dla mnie jest to znaczące;) W horoskopy nie wierzę, ale jednak nieraz przekonałam się, że imienniki nie są przekłamane.

Czy to dobre imię ? Nam odpowiada.  To my bierzemy odpowiedzialność za tą Istotkę, więc upodobania innych są na drugim planie. Ważne, że to nie jest imię popularne, przynajmniej w naszych kręgach i nie słychać 'o nie, ja znałam taką Lilianę.. niefajna była' ;)


poniedziałek, 28 maja 2012

Blisko, bliżej... (import.)

Nie umiem o niczym innym myśleć, niż o tym, że Wielki Dzień zbliża się coraz bardziej.. A ja coraz bardziej świruję ;) Wczoraj na przykład płakałam do M., że ja nie chcę rodzić.. Moją rozpacz pogłębiały czytane na forum wpisy pt "nie mogłam się doczekać porodu". Ja, jak już, nie mogę się doczekać, aż wrócę ze szpitala do domu ;) Nie chcę tam być no..
Dziś mam dzień, że trzeba się przygotować, zamówić w końcu łóżeczko, pojechać do jakiegoś marketu dziecięcego, może natchnie mnie, co potrzebuję jeszcze dla dziecka. Bo szczerze mówiąc, miesiąc przed terminem ja posiadam tylko buteleczki i kremiki, które dostałam na targach rodzinnych bądź w przychodni. Aaaa, mam jeszcze sukienusie z czapeczką. Ale wydaje mi się, że na noworodka jest trochę za duża...
dzidziusia nie może się doczekać nasz mały sąsiad Dori. Każde moje zdanie udowadniające, że jeszcze nie czas aby dzidziuś przeszedł na drugą stronę brzuszka umiał super podważyć. Bo nie ma łóżeczka- on swoje ma w piwnicy i da dla dzidziusia. Smoczek też. Ubrania też. I on się będzie bawił z dzidziusiem. I na rączkach go będzie trzymał tak, tak i tak. I czy dzidzia może to, a czy będzie się bawić w tamto.

[a dzidzia w tym momencie ma czkawkę;P ]

Wyobraźcie sobie, że byłam u pani ginekolog w mojej przychodni. Zgłosiłam się tam, aby walczyć o moje wyniki z krwi, które zlecił lekarz, i których osobiście odebrać nie mogę, bo przecież to ON ZA NIE PŁACI (może mi to ktoś wytłumaczyć? Jakim cudem lekarz płaci za moje badania i w takim razie na co idą moje składki zdrowotne??). Na informacje, że do następnej wizyty kawał czasu, ja boję się, że urodzę wcześniej, a te wyniki są konieczne przed porodem usłyszałam 'przecież mamy ginekologa na zastępstwie'... Szczęka mi opadła.. Gdy wydusiłam z siebie 'nie wiedziałam...' usłyszałam 'NO TO TRZEBA BYŁO SIĘ PYTAĆ'... No nie mam słów, żeby to komentować.


W sobotę chciałam zrobić sobie USG 4D bezpłatnie w ramach akcji szczęśliwa mama..... To mi powiedzieli, że 34 tc to za późno ;| Bo nic nie będzie widać i mogą mi zrobić 2D.. To już Maluszka męczyć nie chciałam. Doszłam do wniosku, że chcąc być tą szczęśliwą mamą, mogłam kłamać, że w 30 tygodniu jestem ;) Bo bardzo się nastawiłam na to usg, myślałam, że na 100% się przekonam o płci ;P (no bo te imię... na obecną chwilę mamy imię dla dziewczynki, i jak znów się nastawię, a potem się okaże, że mam 3 dni, aby coś dla chłopca dobrać.... jejku bredzę;P )

Ogólnie ostatnie dni, tygodnie spędzam bardo aktywnie jak na mnie (choć teraz oszczędzam się, żeby tą Kruszynę w sobie jeszcze ponosić przez miesiąc;P), słucham dobrych rad, słucham o moim małym brzuszku, o tym jak nie nazwać dziecka bo jakaś głupia dziewczyna się tak nazywała (teraz wiem, że nie warto o tym dyskutować), wydeptuję tunel do ubikacji, wypijam litry mięty, jem kilogramy migdałów na zgagę, ale wiecie czego nie potrafię? Walczyć o swoje prawa! ZAWSZE powtarzałam, że jak będę w ciąży, bo będę ten fakt wykorzystywać na maxa... No, ale nie umiem. Mężul mnie ciąga do tych kas pierszeńswta, ale jeszcze nigdy nie pozwoliłam na to, aby się upomnieć, żeby mnie przepuścili ;) Na szczęście kasjerki mają dobry wzrok zazwyczaj i mnie same wołają ;) Ale o tym chciałabym napisać osobną notkę :)

Na koniec foto mojej pszczółki :)))))


środa, 9 maja 2012

100 dni to jak 18 lat :) (import.)

Niektórzy z niecierpliwością czekają na swe 18ste urodziny, po czym okazuje się, że gdy osiągnie się ten wiek, czas zaczyna tak zasuwać... że coraz szybciej się starzejemy.
Ja tak długo oczekiwałam tej ciążowej studniówki, bo fajnie tak, że będzie okrągła liczba do końca (przypuszczalnego).. i od tamtego czasu wydaje mi się, że ten suwaczek przyśpieszył ;P
Zaczynam się bać. Porodu :) Strach ten jest dziwny. Bo przypuszczam, że moja wytrzymałość na ból fizyczny jest duża. Myślę, że gdy będzie boleć, ale będę miała świadomość, że to normalne, że dziecku nic nie zagraża, to będę spokojniejsza niż teraz, kiedy coś mnie lekko zaboli, a ja czuję, że te uczucie nie jest mi znane i może dzieje się coś złego. Chooooć... M. zapytał czy boję się bardziej niż wizyty u dentysty. Pewnie, że tak:) Jednak nie boję się bardziej niż bólu zęba;P Bo ból zęba jest bez sensu, do niczego nie prowadzi (chyba, że do dentysty hehe), a poród.. no piękniejszej nagrody nie dostanę w życiu :)
Ale boję się, że umrę !
Głupie takie, ale co zrobię...

Wczoraj zaczęłam szkołę rodzenia :) Na razie spotkanie organizacyjne, podzielili nas na grupy, powiedzieli jakie tematy omówimy... I już wiem, że dwóch brakuje. Masażów i rozmowy z psychologiem. Noi to, że nie wszystkie spotkania będą z facetem... Ja rozumiem, że POŁÓG nie dotyczy facetów, ale chyba powinni wiedzieć, czego się spodziewać?
Nevermind, zaczynam robić się monotematyczna, ale co poradzić... ;))

wtorek, 17 kwietnia 2012

Praca w ciąży (import).

Wykonując wczoraj jakieś czynności wieczorne, usłyszałam w TV dialog.
On, chyba jakaś gwiazda czy ktoś (nie widziałam, nie zwracałam uwagi, coś tam leciało w tle) na odwyku, dzwoni do dziewczyny/narzeczonej.

Ona: Musisz mi przysłać jakieś pieniądze!
On: Idź do pracy i sama zarób!!!
Ona: Przecież jestem w ciąży!! Kto mnie zatrudni w takim stanie ?!?!
On: Noooooooooooo... z takim podejściem to na pewno niczego nie znajdziesz.

Uśmiałam się..
No, chyba że ktoś ma ochotę zatrudnić ciężarną ;> Ja bym tak troszeczkę popracowała..



poniedziałek, 26 marca 2012

Studniówka ! (import.)


Żegnamy się w takim razie z trzycyfrową liczbą na licznikach odliczających :) Co prawda na drugim suwaczku jest opóźnienie, ale wolę ten ;P
Maleństwo ostatnimi czasy jest bardzo aktywne, co Nas bardzo cieszy:) Jakie to niesamowite uczucie obudzić się rano i dostać kopniaka w boczek:)
Aaa, no i muszę w końcu zdradzić.. płeć :)
Czułam, że to będzie dziewczynka. Choć właśnie w rodzinie męża same chłopy. Nawet jego bratowej całą ciążę przepowiadali dziewczynkę, a w dniu narodzin okazało się, że jednak chłopak.
Zawsze byłam przekonana, że i my będziemy mieć syna, choć całe krótkie me życie chciałam mieć córeczkę. Wiadomo, fajnie, gdyby była dziewczyna, ale najważniejsze, żeby było zdrowe. Potem doszło do tego, że jednak zdrowie to nie wszystko, zdrowe i szczęśliwe.
Pierwszy znak dostałam w kościele. Nieważne jaki, ale byłam tym bardzo zdziwiona.. Pewnego razu znów miałam sen o swoim dzieciu, była to dziewczynka :) A jak wiadomo, ciąża też mi się wyśniła:) Wtedy uwierzyłam:)
I choć o córce również zawsze marzył Mężul, to jednak za każdym razem mówił o Maleństwie jak o chłopaku:) Przekomarzaliśmy się ciągle, on, że chłopak, ja że dziewcze :) Zbliżały się badania prenatalne.. Wiedzieliśmy, że podczas nich się dowiemy:) Choć nie do końca chciałam wiedzieć, podobało mi się tak jak było:)
Ale jednak... Lekarz oznajmił, że na 100% widzi dziewczynkę! :) Mój ginek to potwierdził:)
Choć ja.. no niby przeczucia miałam, ale jakoś nie przywiązuje większej wagi do tego co oni mówią.
Do tego strasznie dziwnie się czułam po tej informacji. No bo fakt, zawsze marzyłam o córce. Ale pierwszy raz tak szczerze poczułam, że to jednak nie jest najważniejsze. Dowiedziałam się, ma być córka, no fajnie, ale co z tego ?
Syn czy córka.. Ważne, że dziecko. Ważne, że wszystko jest ok.
Strasznie dziwiła mnie moja reakcja.. przecież powinnam z radości po ścianach skakać! Ale okazało się, że naprawdę było mi to obojętne:) Myślałam, że mimo wszystko, że najważniejsze zdrowie i szczęście, to jednak gdzieś głęboko we mnie zależało mi na córce. Myślę, że gdyby lekarz powiedział Nam, że to będzie chłopiec, miałabym wyrzuty sumienia, że się nie cieszę;P Także mimo wszystko, mimo tego co się okaże po porodzie, dobrze się stało jak się stało, bo wiem przynajmniej, co jest najważniejsze:)

Pozostaje inny problem... imię. Zawsze miałam swój typ, jednak to taka poważna decyzja... ;P

sobota, 24 marca 2012

Brzuchato (improt.)

No, proszę, nie piszę więc powklejam;P

Tak sobie kiedyś założyłam, że całą ciążę, takie pozowane fotki, będę robić w tej sukience. No aleeeeeee chyba mi się w praniu ostatnio skurczyła ;D Ledwo ją włożyłam dziś.
Nie licząc tego, że tyle razy nie chciało mi się przebierać i ubrania różne jednak są ;)







piątek, 24 lutego 2012

22 tydzień.

Jesteśmy razem już 22 tygodni :)  Mało , dużo ?
Półmetek za nami, to co przeżyliśmy to Nasze:)
Od 31 stycznia  czuję namacalnie, że jesteś z Nami:) Wieczorem poczułam pierwsze ruchy :) Wspaniałe uczucie nie do opisania. Od razu pomyślałam, że mam Motylka w brzuchu :)
Teraz zazwyczaj kopiesz wieczorem :) Często kiedy robię przerwę w sprzątaniu, Ty robisz przerwę w spaniu chyba ;)
Wg. pewnego portalu mój Motylek ma 19 cm. Tyle samo mierzy długość łyżki stołowej.
Szacunkowa waga natomiast to 350 g. Tyle samo ważą trzy gruszki.
Dziwna sprawa z tymi gruszkami :) Przecież każda jest inna ;P 

środa, 8 lutego 2012

A ja rosnę i rosnę (import.)

lato, zimę i wiosnę





Nie wiem czy Maleństwo wyraża zgodę na to zdjęcie, bo właśnie kopało.. Ale oj tam, obiecałam mu, że nie będę wklejać zdjęć z USG (chyba, że w końcu powstanie Jego pamiętniczek), a takie mogę przecież :))
Brzuszek rośnie, noo nie powiem, specjalnie włożyłam tą sukienkę, bo tak się ładnie opina, a i foto wieczorem robione, kiedy to ponoć brzuch jest większy... ale oj tam ;P
Ogólnie plecy bolą, zgaga męczy.. ale jakież to radosne dolegliwości :)
Jedyna rzecz z jakiej cieszyć się nie umiem, to humorki. Na szczęście ostatnio jest ich mało, przeważnie jestem 'normalna', ale dziś znów coś mi na głowę biło ;) Czułam ogóle odrzucenie przez społeczeństwo i chęć przepłakania całego dnia. Nie mam pojęcia czym to było spowodowane i to jest najgorsze. I nie pomagają myśli o tym, że teraz kształtuje się mózg Maleństwa i moje uczucia mają duży wpływ na to.

Próbowałam szukać sobie jakiegoś zajęcia. Najlepsze byłoby oczywiście takie, na którym mogłabym coś zarobić.. Ale o prace w domu nie łatwo, niestety.
Jedyne na czym się wzbogacam to konkursy. Już dawno miałam napisać o tym notkę.. i to poczeka jeszcze trochę, przynajmniej do walentynek :)

Książki już mam w domu, mam nadzieję, że starczą mi na dłużej :)) Dziękuję jeszcze raz za wszystkie propozycje, na pewno się przydadzą jeszcze ;))