Lilianka ;)
'Skąd wy wzięliście to imię?'
'Nigdy nie słyszałam o takim imieniu'
'Kto wpadł na taki pomysł?'
'Jaaaak? ;O '
o takie reakcje spotykaliśmy, przy informowaniu o tym, jak na imię ma nasz Kurczaczek. Nie wiem, dla mnie to imię jak każde. Myślę, że nie jest to imię typu Dżesika, Nikola, a także typu Helena, Antonina (choć te drugie też mi się podoba, ale Mate był przeciwny). Normalne imię takie jak Kasia, Ania czy Karolina.
Jednak często się zastanawiałam jak ludzie je pojmują. Że jest oryginalne to wiem, osobiście nie znam żadnej Lilianny (no, może Lilę, ale nie osobiście;)), ale o to też chodziło.
Od wieków twierdziłam, że moja córka nazywać się będzie Oliwia. Imię dalej mi się podoba, ale no... za dużo ich już jest, co nie? :)
Chociaż wciąż ta Oliwia i Lilianka nam po głowie chodziły, nieważne jakie inne imiona braliśmy pod uwagę..
Gdy w większym gronie dyskutowaliśmy o imieniu dla naszej córeczki (oczywiście wciąż brałam pod uwagę, że to może jednak synek będzie... ale wtedy na 80% byłam pewna, że w takim razie będzie Marcel ;) ) bardzo się denerwowałam, gdy mówiłam o jakimś imieniu i słyszałam 'eee nie, znałam/em taką jedną.. głupia była'. No bosz, co mnie obchodzi, że ktoś głupi był, tak? Moje dziecko to moje dziecko i wtedy to imię byłoby kojarzone z kimś fajnym ( ;DD ).
Prawie do końca ciąży bałam się myśleć o imieniu, żeby nie zapeszyć. W pierwszej ciąży od razu wiedziałam, że będzie Mikołaj... i źle się skończyła.
Po wyjściu ze szpitala Mate wciąż mnie ponaglał, żebym podjęła jakąś decyzje, bo chciał już zgłosić nasze Maleństwo do USC. (niby ja miałam wybrać imię, ale to była na zasadzie :
Ja: Antosia
M: nie, bo w szkole będą wołać Antonina
Ja: Ada
M: nie...
Ja: Jagódka
M: nie...
Ja: Oliwia...
M: (ulga i radość na twarzy) ;DDD
Ja: ... albo może Liliana ?
M: :S
Kiedy w końcu doszliśmy do tego, że będzie to Lilianka, pojawiło się pytanie Liliana czy Lilianna? I do dziś się zastanawiam czy Lilianna to dobry wybór. Liliana łatwiej się odmienia. Ale dwa N w końcu tylko na papierku są :) Dla mnie to i tak nasza Lilusia :)
Trudno mi było w końcu wybrać, bo po pierwsze ja nie lubię wybierać, zazwyczaj gdy mam coś wybrać to nie mam nic bo wciąż się zastanawiam.. a po drugie wybór imienia to ważna sprawa. Jak w horoskopy zazwyczaj nie wierzę, tak w znaczenie tego, co mówi o nas imię wierzę.. ;) Może nie w 100%, ale zazwyczaj się sprawdza :) Choć teraz, w czasach internetu... na każdej stronie piszą co innego;/
Lilianna – jest symbolem czystości. Intuicyjna, wrażliwa, delikatna. Sprawiedliwa. Często poświęca się dla swojej rodziny.
Imieniny: 4 września ( mój 4ty dzień miesiąca... 4 września zaczęliśmy być ze sobą ;) ).
Lilianna
Na zewnątrz jest pełna majestatu, wysoko nosząca głowę, umie rozkazywać, w razie potrzeby wykazując dużo sprytu. Umie też cudownie przystosowywać się do sytuacji nawet najbardziej szokujących, „zaliczając” najsilniejsze ciosy i nie tracąc spokoju – chyba że nadchodzi chwila zemsty... Nie mówi wszystkiego, co myśli, i nie zawsze robi to, co mówi.
Jest nadzwyczaj opanowana, nie ulega wpływom. Nie należy jednak ulegać pozorom, bo będzie próbowała zbić innych z tropu dwuznacznym zachowaniem. Aby lepiej bronić swych interesów, gotowa jest udawać, że nie rozumie, czy nie może wykonać tego, czego się od niej wymaga. Reaguje głównie w warstwie słownej, blefując, ale również usiłuje posłużyć się innymi. Jej reakcje, odwleczone w czasie, mogą być niebezpieczne. Nie cofnie się przed niczym, by narzucić innym swe zdanie! Ma przy tym w życiu dużo szczęścia i w głębi duszy ufa mu. Wyobraźnia nie dorównuje jej inteligencji,toteż chętnie przywłaszcza sobie cudze pomysły.
Rozwinięta intuicja pozwala jej dobrze dobierać ludzi, którymi się otacza. Potrafi z wielkim wyczuciem zapoznawać z sobą ludzi, a nawet swatać! To bezlitosna obserwatorka. Ciekawość może popychać ją do niedyskrecji. Wprawia w zakłopotanie partnera, który nie bardzo wie, z kim ma do czynienia. Kim jest ta chłodna, zaskakująca piękność? Nieraz jest niedostępna. Chciałaby się rzucić w ramiona tych, których kocha, ale dwoistość charakteru hamuje ją i blokuje. Okazuje pewien chłód, nie ma ciepłego kontaktu z bliskimi. Przez całe życie będzie budzić najwyższe namiętności, bądź najstraszniejsze krytyki. Ale… czyż to nie jest właśnie sukces?
Imię: Liliana
Opis: według legend kwiat lilii miał wyrosnąć z łez Ewy opłakującej wygnanie z raju , lilia stała się symbolem niewinności, czystości i nadziei , była godłem francuskiej monarchii.
Świętej Lilianny/Liliany raczej nie ma, szkoda (chyba, że ktoś zna;> ) Jednak jest przypowieść o Lilianie
Także oficjalnie przedstawiam Liliannę Aleksandrę (drugie imię po matce chrzestnej ;) ).
czwartek, 2 sierpnia 2012
niedziela, 29 lipca 2012
Miesiąc (import.) !!
Dziś skończyłam równy miesiąc!! :) Jejcu, jak to zleciało...
A jutro tatuś idzie już do pracy.. Cały ten miesiąc spędziliśmy we trójkę:-) Oj, ciężko będzie się odzwyczaić....
Hm.. może damy radę go zatrzymać jeszcze w domu ;D
Tak czy owak, jak się wyśpię....
To mam nadzieję, że mamusie przestanie boleć głowa i tak jak obiecała, pojedziemy uczcić moją miesięcznicę watą cukrową!!! mmmmm
A mamusia obiecuje za niedługo dokończyć swój poród ;-) i napisać nieco więcej o swej miesięcznej córci.
A jutro tatuś idzie już do pracy.. Cały ten miesiąc spędziliśmy we trójkę:-) Oj, ciężko będzie się odzwyczaić....
Hm.. może damy radę go zatrzymać jeszcze w domu ;D
Tak czy owak, jak się wyśpię....
To mam nadzieję, że mamusie przestanie boleć głowa i tak jak obiecała, pojedziemy uczcić moją miesięcznicę watą cukrową!!! mmmmm
A mamusia obiecuje za niedługo dokończyć swój poród ;-) i napisać nieco więcej o swej miesięcznej córci.
niedziela, 22 lipca 2012
Jak to się zaczęło, czyli poród cz.1 (import.)
Uwielbiam ten kawałek, od kiedy pierwszy raz go usłyszeliśmy, pamiętam to dokładnie, weekend w Wiśle :) Od tamtej chwili cierpliwie czekałam, kiedy to ja będę mogła zanucić swojemu Maleństwu te słowa:)
To tak dla umilenia mojego długiego wywodu ;P
Żeby nie było, może być bardzo szczegółowo ;)
28.06 przed godziną 14.00 jakoś dziwnie się poczułam. Tak gorzej... Pomyślałam, że poczekam do tej 14.00, poleżę z nogami w górze i może przejdzie.. Jakoś przeszło, ale nie do końca. Napisałam do koleżanki, żeby nie przyjeżdżała, choć chwilę temu rozmawiałyśmy o tym, co ma mi przywieźć..
W ubikacji zauważyłam małe ilości krwi na wkładce. Przeraziłam się. Że już? I co robić ? Szpital? Czekać na męża? Ze łzami w oczach myślałam, byłam przerażona.
Jednak postanowiłam to obserwować. Krew raz była raz nie. Pomyślałam, że może na raty mi czop śluzowy wypada, w końcu od paru dni miałam dziwne upławy...
O 18.00 pojechaliśmy na izbę przyjęć, woleliśmy sprawdzić czy to już czy nie już. Przywitała mnie pielęgniarka ze słowami "zgadza się pani na pozostanie w szpitalu?" z przerażeniem w oczach chciałam dopytać, że jak to, tak bez badania? Tak od razu? A może to nic takiego?.... Ale nie wiem czy wydusiłam z siebie cokolwiek;P Dziewczyna, która przyszła za mną, na to pytanie odpowiedziała, że jeśli będzie potrzeba, to zostanie, kamień z serca mi spadł, bo w tym strachu myślałam, że każdego po kolei kładą na patologie ciąży;P
Zostałam podpięta pod KTG (pierwszy raz słyszałam bicie serca mojego dziecka!!:)) ), później pani doktor zbadała, zrobiła USG (pierwszy raz poznałam wagę mego dziecka! i choć zajęło to niecałą minutę [ważenie], to mój gin tego nie robił, bo to' pół godziny roboty, i tak do porodu się zmieni [jakoby nie było byłam u niego dzień wcześniej czyli 27.06 ;P]).. Chciała zobaczyć jak wygląda to krwawienie... jak na złoć ustąpiło ono w szpitalu. Skurczy nie było, rozwarcie minimalne, więc nikt nie widział sensu w tym, żebym w szpitalu została, odesłali mnie do domu, ze słowami, że przez parę dni na pewno jeszcze nie urodzę :)
Ze spokojem pojechaliśmy do domu, wchodzę do łazienki... a tam znów pełno krwi.. !! a w szpitalu nic!
No, ale skoro powiedzieli, to nie ma się czym martwić:)
Chwilę odpoczęłam, po czym zaczęłam robić sałatkę z fetą, która od kilkunastu dni za mną chodziła i spokoju nie dawała. /Swoją drogą nie wiem czy ona nie miała udziału w tym wszystkim... Dzień wcześniej, od ginekologa pojechaliśmy po łóżeczko dla Maleństwa, potem jeszcze chciałam jakieś bodziaki kupić dla Małej, byłam już mega wykończona, ale zajechaliśmy po drodze do auchan po składniki na sałatkę, oczywiście zrobiły się z tego mega zakupy... I stwierdziłam, że jak już na końcówce jestem, to ostatni raz zjem fast fooda, i pojechaliśmy do Maca... Wróciłam do domu mega wymęczona, ledwo żyłam... /
Zaczął mi twardnieć brzuch, przy tym czułam lekki ból w dole. No, ale przecież on twardniał już od bardzo dawna, na ból może nie zwróciłam wcześniej uwagi.
Zrobiłam sałatkę, niestety zjadłam tylko trochę (nie wiem czemu:/ ;P ) i po jakimś czasie przyszło mi do głowy, że skoro te twardnienie i ból pojawiają się co jakiś czas, to może trzeba by było zapisać godziny, żeby widzieć co ile się to powtarza?
Parę razy zapisałam i poszliśmy 'spać'. Znaczy M. poszedł, bo ja już nie zasnęłam. Od jakiegoś czasu zasypiałam koło godz. 2.00-3.00, wcześniej nie dałam rady..
Leżąc, poczułam silniejszy ból.. pomyślałam, że pewno złą pozycje przybrałam, obróciłam się na drugi bok... za jakiś czas znów ból.. W końcu położyłam się na plecach, z podusią pod krzyżem.. Drzemnęłam się chyba 10 minut. I znów ból. Zapisywałam to wszystko, odstępy były co 30, 20 minut, nie równe straszne. Bóle też dziwne. Raz bolał sam brzuch, za chwilę plecy i brzuch... potem ból z brzucha przenosił się do pleców.. Przechodziło mi przez głowę, że może to skurcze, no ale
po 1. to chyba nie jest ten sam ból co przy okresie, a prawie każdy tak go opisywał.. chyba, że zapomniałam przez 9 miesięcy jaki to ból ;P
po 2. to przecież sama pani doktor mi powiedziała, że jeszcze parę dni! Parę dni to nie to samo co dzisiejszej nocy!!!
Raz swoim jękiem obudziłam M., ale kazałam mu spać dalej. Bo przecież nie ma prawa się nic dziać. (jednak pomyślałam, że w razie czego, to zjem jeszcze parę nektarynek, jako, że później nie będę mogła ich jeść tak od razu [karmienie piersią...])
Zaczęło mnie coraz częściej gonić do kibelka. Tyle, że po każdym załatwieniu się pojawiał się taki ból, że uhhh. Ruszać się nie mogłam, co dopiero mówić o oddychaniu 'do brzucha'.
W końcu zaczęłam tak jęczeć, że M. się obudził na dobre. Ubrał się, ja się ubrałam i zaczęliśmy się zastanawiać. Jechać czy nie? Ból był mocny, jednak nie powalił mnie jakoś. Jak jeszcze dałam radę mówić (bo potem to jednak podczas skurczu nie dało się nic powiedzieć), to mówiłam jakieś głupoty, śmiałam się...
W końcu pojechaliśmy, jak mówi M. o 4 byliśmy w szpitalu (ja już mam zaniki pamięci!). Na izbie przyjęć pani kazała szybko się przebierać, siadać do badania (jeszcze jak przed badaniem złapał mnie skurcz i sobie usiadłam na leżance, żeby go przetrwać, to pani nakrzyczała, że do badania to na fotel a nie na leżankę;P no nie wiedziałam ;) ). I jazda do góry. A nie, zróbmy jeszcze szybkie KTG, przyłożyła mi to cudo do brzucha na chwilunię i tyle ;P
I pojechaliśmy na porodówkę (windą pojechaliśmy).
CDN ;))
To tak dla umilenia mojego długiego wywodu ;P
Żeby nie było, może być bardzo szczegółowo ;)
28.06 przed godziną 14.00 jakoś dziwnie się poczułam. Tak gorzej... Pomyślałam, że poczekam do tej 14.00, poleżę z nogami w górze i może przejdzie.. Jakoś przeszło, ale nie do końca. Napisałam do koleżanki, żeby nie przyjeżdżała, choć chwilę temu rozmawiałyśmy o tym, co ma mi przywieźć..
W ubikacji zauważyłam małe ilości krwi na wkładce. Przeraziłam się. Że już? I co robić ? Szpital? Czekać na męża? Ze łzami w oczach myślałam, byłam przerażona.
Jednak postanowiłam to obserwować. Krew raz była raz nie. Pomyślałam, że może na raty mi czop śluzowy wypada, w końcu od paru dni miałam dziwne upławy...
O 18.00 pojechaliśmy na izbę przyjęć, woleliśmy sprawdzić czy to już czy nie już. Przywitała mnie pielęgniarka ze słowami "zgadza się pani na pozostanie w szpitalu?" z przerażeniem w oczach chciałam dopytać, że jak to, tak bez badania? Tak od razu? A może to nic takiego?.... Ale nie wiem czy wydusiłam z siebie cokolwiek;P Dziewczyna, która przyszła za mną, na to pytanie odpowiedziała, że jeśli będzie potrzeba, to zostanie, kamień z serca mi spadł, bo w tym strachu myślałam, że każdego po kolei kładą na patologie ciąży;P
Zostałam podpięta pod KTG (pierwszy raz słyszałam bicie serca mojego dziecka!!:)) ), później pani doktor zbadała, zrobiła USG (pierwszy raz poznałam wagę mego dziecka! i choć zajęło to niecałą minutę [ważenie], to mój gin tego nie robił, bo to' pół godziny roboty, i tak do porodu się zmieni [jakoby nie było byłam u niego dzień wcześniej czyli 27.06 ;P]).. Chciała zobaczyć jak wygląda to krwawienie... jak na złoć ustąpiło ono w szpitalu. Skurczy nie było, rozwarcie minimalne, więc nikt nie widział sensu w tym, żebym w szpitalu została, odesłali mnie do domu, ze słowami, że przez parę dni na pewno jeszcze nie urodzę :)
Ze spokojem pojechaliśmy do domu, wchodzę do łazienki... a tam znów pełno krwi.. !! a w szpitalu nic!
No, ale skoro powiedzieli, to nie ma się czym martwić:)
Chwilę odpoczęłam, po czym zaczęłam robić sałatkę z fetą, która od kilkunastu dni za mną chodziła i spokoju nie dawała. /Swoją drogą nie wiem czy ona nie miała udziału w tym wszystkim... Dzień wcześniej, od ginekologa pojechaliśmy po łóżeczko dla Maleństwa, potem jeszcze chciałam jakieś bodziaki kupić dla Małej, byłam już mega wykończona, ale zajechaliśmy po drodze do auchan po składniki na sałatkę, oczywiście zrobiły się z tego mega zakupy... I stwierdziłam, że jak już na końcówce jestem, to ostatni raz zjem fast fooda, i pojechaliśmy do Maca... Wróciłam do domu mega wymęczona, ledwo żyłam... /
Zaczął mi twardnieć brzuch, przy tym czułam lekki ból w dole. No, ale przecież on twardniał już od bardzo dawna, na ból może nie zwróciłam wcześniej uwagi.
Zrobiłam sałatkę, niestety zjadłam tylko trochę (nie wiem czemu:/ ;P ) i po jakimś czasie przyszło mi do głowy, że skoro te twardnienie i ból pojawiają się co jakiś czas, to może trzeba by było zapisać godziny, żeby widzieć co ile się to powtarza?
Parę razy zapisałam i poszliśmy 'spać'. Znaczy M. poszedł, bo ja już nie zasnęłam. Od jakiegoś czasu zasypiałam koło godz. 2.00-3.00, wcześniej nie dałam rady..
Leżąc, poczułam silniejszy ból.. pomyślałam, że pewno złą pozycje przybrałam, obróciłam się na drugi bok... za jakiś czas znów ból.. W końcu położyłam się na plecach, z podusią pod krzyżem.. Drzemnęłam się chyba 10 minut. I znów ból. Zapisywałam to wszystko, odstępy były co 30, 20 minut, nie równe straszne. Bóle też dziwne. Raz bolał sam brzuch, za chwilę plecy i brzuch... potem ból z brzucha przenosił się do pleców.. Przechodziło mi przez głowę, że może to skurcze, no ale
po 1. to chyba nie jest ten sam ból co przy okresie, a prawie każdy tak go opisywał.. chyba, że zapomniałam przez 9 miesięcy jaki to ból ;P
po 2. to przecież sama pani doktor mi powiedziała, że jeszcze parę dni! Parę dni to nie to samo co dzisiejszej nocy!!!
Raz swoim jękiem obudziłam M., ale kazałam mu spać dalej. Bo przecież nie ma prawa się nic dziać. (jednak pomyślałam, że w razie czego, to zjem jeszcze parę nektarynek, jako, że później nie będę mogła ich jeść tak od razu [karmienie piersią...])
Zaczęło mnie coraz częściej gonić do kibelka. Tyle, że po każdym załatwieniu się pojawiał się taki ból, że uhhh. Ruszać się nie mogłam, co dopiero mówić o oddychaniu 'do brzucha'.
W końcu zaczęłam tak jęczeć, że M. się obudził na dobre. Ubrał się, ja się ubrałam i zaczęliśmy się zastanawiać. Jechać czy nie? Ból był mocny, jednak nie powalił mnie jakoś. Jak jeszcze dałam radę mówić (bo potem to jednak podczas skurczu nie dało się nic powiedzieć), to mówiłam jakieś głupoty, śmiałam się...
W końcu pojechaliśmy, jak mówi M. o 4 byliśmy w szpitalu (ja już mam zaniki pamięci!). Na izbie przyjęć pani kazała szybko się przebierać, siadać do badania (jeszcze jak przed badaniem złapał mnie skurcz i sobie usiadłam na leżance, żeby go przetrwać, to pani nakrzyczała, że do badania to na fotel a nie na leżankę;P no nie wiedziałam ;) ). I jazda do góry. A nie, zróbmy jeszcze szybkie KTG, przyłożyła mi to cudo do brzucha na chwilunię i tyle ;P
I pojechaliśmy na porodówkę (windą pojechaliśmy).
CDN ;))
czwartek, 5 lipca 2012
:) (import.)
Dziękuję wszystkim za gratulacje i dobre słowa :)
Żyjemy sobie spokojnie we trójkę, dziś zaliczyliśmy pierwszą wizytę położnej, rozwiała niektóre nasze wątpliwości.. Największy problem z ubieraniem Maleństwa mieliśmy, bo niby taki upał, ale przecież taka Kruszynka tylko leży, wszystko taki delikatne...
Ale już wiemy:) Trochę przesadziliśmy w stronę przegrzania ;P
Tak krótko na temat porodu:) M. był cały czas ze mną od początku:) W sumie zaliczyłam szpital dwa razy, za pierwszym mnie odesłali, bo KTG skurczy nie wykryło, USG też w porządku (pojechaliśmy, bo krwawiłam lekko, czop zaczął odchodzić). Powiedziano mi, że jeszcze kilka dni mi zostało. Przyjechaliśmy do domu i pomału zaczynałam czuć skurcze, myśląc, że to nie skurcze. W ogóle opisy skurczy jakie znałam nic mi nie dały - nie były regularne, były różnorodne (raz brzuch, raz plecy, raz to i to itp), krótkie, wcale nie czułam bólu jak na okres, noi... podczas skurczu potrafiłam się śmiać, więc chyba nie był jakieś mega bolesne (no, może te przy końcu, ale to już bardziej zmęczenie mi przeszkadzało..)
Na razie tyle, postaram się później bardziej szczegółowo to opisać, żeby pamiętać na przyszłość :)
Tymczasem.. tak cholernie tęsknię za brzuszkiem! Kocham te Maleństwo, które tak słodko śpi w tej chwili, ale nie czuję żeby to był ten sam człowiekczek, który siedział w brzuszku. Bo jak ona się tam zmieściła ? Niby taka kruszyna, no ale gdzie w takim małym brzuchu ;P
Nie sprawia mi wielkiej radości, że już po tysiąc razy nie muszę odwiedzać toalety w nocy, że mogę spać na brzuchu (w sumie to się odzwyczaiłam..), że mogę normalnie wstać z łóżka bez jęków, bólów, ogólnie jak słonica..
Smutno mi że nie mogę już głaskać tej wielkiej bomby, że pępek już nie jest taki płaski i naciągnięty (uwielbiałam go;P ), że już nikt się nie rozpycha, nie kopie...
W ostatnich dniach ciąży słuchałam namiętnie każdej wersji tej piosenki:
Jak ją teraz puściłam... aż niemożliwe, że mogę jej słuchać sama... Zawsze robiłyśmy to we dwie!
A jak pierwszy raz puściłam Maleństwu Muzykę Bobasa, którą też często w ciąży słuchałam, no to się poryczałam...
Gdzie ten brzuchol...
Żyjemy sobie spokojnie we trójkę, dziś zaliczyliśmy pierwszą wizytę położnej, rozwiała niektóre nasze wątpliwości.. Największy problem z ubieraniem Maleństwa mieliśmy, bo niby taki upał, ale przecież taka Kruszynka tylko leży, wszystko taki delikatne...
Ale już wiemy:) Trochę przesadziliśmy w stronę przegrzania ;P
Tak krótko na temat porodu:) M. był cały czas ze mną od początku:) W sumie zaliczyłam szpital dwa razy, za pierwszym mnie odesłali, bo KTG skurczy nie wykryło, USG też w porządku (pojechaliśmy, bo krwawiłam lekko, czop zaczął odchodzić). Powiedziano mi, że jeszcze kilka dni mi zostało. Przyjechaliśmy do domu i pomału zaczynałam czuć skurcze, myśląc, że to nie skurcze. W ogóle opisy skurczy jakie znałam nic mi nie dały - nie były regularne, były różnorodne (raz brzuch, raz plecy, raz to i to itp), krótkie, wcale nie czułam bólu jak na okres, noi... podczas skurczu potrafiłam się śmiać, więc chyba nie był jakieś mega bolesne (no, może te przy końcu, ale to już bardziej zmęczenie mi przeszkadzało..)
Na razie tyle, postaram się później bardziej szczegółowo to opisać, żeby pamiętać na przyszłość :)
Tymczasem.. tak cholernie tęsknię za brzuszkiem! Kocham te Maleństwo, które tak słodko śpi w tej chwili, ale nie czuję żeby to był ten sam człowiekczek, który siedział w brzuszku. Bo jak ona się tam zmieściła ? Niby taka kruszyna, no ale gdzie w takim małym brzuchu ;P
Nie sprawia mi wielkiej radości, że już po tysiąc razy nie muszę odwiedzać toalety w nocy, że mogę spać na brzuchu (w sumie to się odzwyczaiłam..), że mogę normalnie wstać z łóżka bez jęków, bólów, ogólnie jak słonica..
Smutno mi że nie mogę już głaskać tej wielkiej bomby, że pępek już nie jest taki płaski i naciągnięty (uwielbiałam go;P ), że już nikt się nie rozpycha, nie kopie...
W ostatnich dniach ciąży słuchałam namiętnie każdej wersji tej piosenki:
Jak ją teraz puściłam... aż niemożliwe, że mogę jej słuchać sama... Zawsze robiłyśmy to we dwie!
A jak pierwszy raz puściłam Maleństwu Muzykę Bobasa, którą też często w ciąży słuchałam, no to się poryczałam...
Gdzie ten brzuchol...
poniedziałek, 2 lipca 2012
Maleństwo ! (import.)
Jesteśmy we trójkę :)
29 czerwca o 9.00
na świat przyszła Nasza córeczka :)
3350 gr. , 55 cm.
Dzisiaj wróciłyśmy do domku, więcej napiszę za niedługo :)
29 czerwca o 9.00
na świat przyszła Nasza córeczka :)
3350 gr. , 55 cm.
Dzisiaj wróciłyśmy do domku, więcej napiszę za niedługo :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)
